Być #dumny(m)zubezpieczeń. Jak spełniać się zawodowo i rozwijać pasje


#dumnizubezpieczeń, #ubezpieczenia, artykuł / środa, Styczeń 8th, 2020

Cześć! Miło mi Cię poznać, Drogi Czytelniku. Z częścią z Was znam się z rynku, ale z pewnością są wśród Was osoby, z którymi nie miałem jeszcze okazji się spotkać. Pozwólcie zatem, że krótko się przedstawię.
Mam na imię Tomek i już od ponad 20 lat związany jestem z branżą ubezpieczeniową. Od 7 lat łączy mnie relacja zawodowa z coverholderem rynku Lloyd’s Leadenhall Polska, gdzie odpowiadam za rozwój sieci sprzedaży i szkolenia. Przed wszystkim jednak jestem zwykłym facetem, który dzieli czas między Warszawę i Gdańsk, skąd pochodzę i gdzie mieszka moja rodzina, oraz gościem, który w międzyczasie realizuje swoje pasje i marzenia. Ale zanim o tym, pozwólcie, że zacznę od początku…
– Tomasz Domalewski

Styczeń to zazwyczaj czas podsumowań tego, co minęło, oraz rozliczania zadań narzuconych sobie w 2019 roku. Jest to również dobry czas na planowanie i stawianie sobie ambitnych celów na najbliższy rok.
Pisząc te słowa myślę o pytaniu, które pozwoliłoby zastanowić się nad tym, co tak naprawdę chcę Wam przekazać na koniec drugiej dekady XXI wieku. I jedyne, które przychodzi mi teraz to głowy i wydaje się naprawdę ważne, brzmi:

Co oznacza być „dumnym z ubezpieczeń”?

Na polskim rynku ubezpieczeniowym pracuje ponad 100 tysięcy osób, zarówno po stronie ubezpieczycieli, jak i pośredników. Codziennie w swojej pracy staramy się komuś pomóc w rozwiązaniu jego problemów lub zaspokojeniu potrzeb. Nierzadko musimy mierzyć się z negatywnym odbiorem naszej branży i równie często jesteśmy świadkami ludzkich tragedii. To właśnie wtedy widzimy prawdziwe efekty naszej pracy, czyli realną pomoc i wsparcie finansowe, jakie otrzymują klienci. To właśnie wtedy czujemy, że robimy coś pożytecznego, co wnosi prawdziwą wartość – nie tylko do naszego biznesu, ale również do relacji z drugim człowiekiem.

I właśnie słowo „wartość” ma dla mnie kluczowe znaczenie. Słowo, które można interpretować na dziesiątki sposobów. Dla mnie oznacza ono, by żyć i pracować w zgodzie z zasadami, które „wykuwały” się w ogniu życiowych doświadczeń i relacji z ludźmi, którzy stanęli na mojej drodze od wczesnych lat dzieciństwa do teraz. Jedną z takich zasad, którą staram się pielęgnować, jest właściwe zarządzanie sferą zawodową i prywatną, czyli takim postrzeganiem swojego życia, które pozwala mi zachować swoistą równowagę.
Staram się, aby z jednej strony praca nie zdominowała mojego życia, a z drugiej strony, aby prywatne sprawy nie przeszkadzały mi realizować się zawodowo. Wiem, nie jest to łatwe, wymaga dużego samozaparcia, odpowiedniego nastawienia oraz sprzyjającego otoczenia. Znalezienie tego „złotego środka” daje prawdziwą radość i wprowadza naszą efektywność zawodową na niespotykany do tej pory poziom.

Mój sposób
Dzisiaj chcę się z Wami podzielić moim sposobem na szukanie tej
„równowagi”, czyli tego, co psycholodzy nazywają work-life balance. Tym czymś jest pasja wspinaczkowa i prawdziwa miłość do gór. Dlaczego akurat to? Nie wiem, tak się po prostu stało. Nazwijcie to przeznaczeniem, miłością od pierwszego wejrzenia lub jak tylko chcecie. Dla mnie przebywanie na szlaku, mierzenie się z trudnymi warunkami drogi na szczyt, przekraczanie kolejnych granic własnych słabości, a z drugiej strony doświadczanie natury, jej piękna i jednocześnie nieokiełznanej potęgi daje mi takiego energetycznego „kopa”, wyzwala tyle radości i pozytywnych emocji, że trudno mi to opisać. Przy okazji mam okazję zobaczyć kawałek świata, poznać historię i kulturę innych krajów oraz zawrzeć nowe interesujące znajomości. Należę do grupy wspinaczy wyznających „filozofię drogi”, którą definiuje zdanie:

To droga na szczyt jest najważniejsza, a jego osiągnięcie to tylko nagroda za godne jej przeżycie”.

Nie ukrywam też, że wspinanie w górach wysokich to dobry sposób na ucieczkę od problemów i nierozwiązanych spraw „z nizin” oraz okazja do przewartościowania wielu rzeczy i złapania zdrowego dystansu do życia i siebie samego. A do tego uczy pokory. Uwierzcie, że z poziomu ponad 4000 m n.p.m. wszystko wydaje się prostsze i łatwiejsze 😉

Mont Blanc

Wspomniana pasja przeistoczyła się w 2017 roku w projekt, którego celem jest skompletowanie Korony Ziemi (na świecie znany pod nazwą „Seven Summits ), czyli najwyższych szczytów każdego kontynentu. Realizuję go w rozszerzonej 9-szczytowej wersji pod nazwą „Neptun w Górach. Dlaczego tak? Ponieważ jeśli mi się uda, będę pierwszym gdańszczaninem, który tego dokona (chyba że ktoś zrobi to wcześniej ode mnie 🙂 ), dołączając tym samym do grona niespełna 30 Polaków, którym ta sztuka się do tej pory udała. Jednocześnie jestem jedynym ubezpieczeniowcem, który podjął się tej próby, a ewentualny końcowy sukces (w co głęboko wierzę) nada nowego znaczenia hasłu #dumnizubezpieczeń. Projekt wszedł już w decydującą fazę i do tej pory udało mi się ukończyć drogę na takie szczyty, jak:

  • Mont Blanc – 05.07.2017 i Elbrus – 10.06.2018 (oba od lat toczą nierozstrzygniętą do tej pory walkę o miano najwyższego szczytu Europy)
  • Kilimandżaro – 29.09.2018 (Afryka)
  • Góra Kościuszki – 16.02.2019 (najwyższy szczyt Australii, należący do pierwszej wersji Korony Ziemi)
  • Piramida Carstensza – 23.02.2019 (najwyższy szczyt Australii i Oceanii)

W czerwcu 2019 roku musiałem pogodzić się z moją pierwszą górską porażką, podejmując z moimi dwoma partnerami „od liny” trudną decyzję o przerwaniu ataku szczytowego i wycofaniu się z Denali (najwyższa góra Ameryki Północnej położona na Alasce), na 500 m przed szczytem.

Już za miesiąc, tj. 2 lutego 2020 r., wylatuję do Argentyny, aby zmierzyć się z najwyższym szczytem Ameryki Południowej – górą Aconcagua, której wysokość licząca ponad 6960 m n.p.m. stawia ją w gronie jednych z najwyższych gór świata i drugą najwyższą – po Mount Everest – w Koronie Ziemi.

Po powrocie zostanie mi zmierzenie się z trzema ostatnimi celami projektu:

  • Masyw Vinsona (Antarktyda)
  • Mount Everest (Azja)
  • Denali (Ameryka Pn.) – tzw. repeta 🙂

Nie ukrywam, że jest to ogromne logistycznie i finansowo przedsięwzięcie. Preferuję samodzielną organizację wypraw, czyli tam, gdzie nie jestem zmuszony do korzystania z komercyjnych wypraw – nie robię tego. Dlatego planowanie wyprawy to szereg decyzji i czynności, które trzeba podjąć, m.in. wybór terminu i trasy, plan taktyczny (aklimatyzacja ma ogromne znaczenie), dobór i skompletowanie niezbędnego ekwipunku, żywność, łączność podczas akcji górskiej, przygotowania kondycyjne i wydolnościowe oraz rezerwacja lotów i przejazdów na miejscu. A są przecież jeszcze rzeczy, na które nie mamy wpływu, jak pogoda, zagrożenie lawinowe i problemy zdrowotne (od zwykłego przeziębienia począwszy, a na chorobie wysokościowej kończąc). Do tego dochodzi czas i energia poświęcona na szukanie sponsorów, którzy zechcą współfinansować projekt, bo bez tego nie udałoby się go realizować.
A gdzie praca – spytacie? Jest, i to dużo! I do tego musi być efektywna.

Jeżeli chcecie poznać szczegóły projektu oraz historię dotychczasowych wypraw, zapraszam na stronę www.nwg.com.pl oraz do śledzenia oficjalnego profilu na Instagramie @neptunwgorach.

Jeżeli zainspirowałem Was chociaż trochę do szukania swojej „równowagi” w życiu lub może już realizujecie swoje pozazawodowe pasje i zainteresowania, to podzielcie się ze mną swoimi historiami na stronie FB #dumnizubezpieczeń w komentarzach pod postami związanymi z projektem „Neptun w Górach.

Z górskim pozdrowieniem „Do zobaczenia na szlaku!”
Tomek Domalewski

———————————————–

Tym samym miło nam poinformować, że #dumnizubezpieczeń objęli patronatem medialnym projekt Tomka „Neptun w Górach. Dzięki temu wszyscy będziemy mogli śledzić jego postępy w realizacji celu i kibicować mu na bieżąco 🙂
Już teraz mocno trzymamy kciuki za powodzenie najbliższej wyprawy! Nie mamy wątpliwości, że Tomek doskonale realizuje nasze hasło i udowadnia, że ubezpieczenia mają wielką siłę!
Karolina Zysk-Wieczorek
Redaktor prowadząca

#dumnizubezpieczeń